• Wpisów:67
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:4 dni temu
  • Licznik odwiedzin:11 990 / 470 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

cd.

W czasie pobytu na oddziale przyszła do mnie kobieta, jedna z pracownic szpitala, wiedziała kim jestem, ja jej nie znam. A po co przyszła? Żeby mi powiedzieć, żebym nie popełniła tego samego błędu, który niedawno popełniła inna kobieta (którą obie znamy). Uspokoiłam ją, bo jednak mam trochę inne podejście. Kobieta, kierując się rzekomym dobrem noworodka naraziła go na bezpośrednie zagrożenie życia. Dziecko od początku ma przez to problemy ze zdrowiem, być może będzie mieć uszczerbek na zdrowiu do końca życia. Oczywiście obwiniła całą służbę zdrowia, wszystkich dookoła z którymi miała do czynienia. Tylko, że to co się wydarzyło, było akurat skutkiem jej świadomej decyzji.

Inna przyjęta na oddział, zerwana z choinki to mało powiedziane, raczej z księżyca spadła, i to nie naszego. Zachowywała się jakby ją z klatki ktoś wypuścił. Rodziła w momencie kiedy ja miałam mieć badanie. A że nie mogli tam sobie z nią dać rady, pozostała część personelu zostawiła mnie i poszli do niej. Bez ingerencji udusiłaby dziecko. I na koniec padło pytanie lekarza: po co w ogóle w ciążę zachodziła, skoro sobie nie radzi w ogóle z niczym.

O ile z każdym człowiekiem utrzymujemy znajomość na zasadzie dobrowolności, tak w stosunkach rodzic - dziecko tej dobrowolności być nie powinno, bo dziecko nie przychodzi na świat z własnej woli, dlatego rodzice powinni mieć obowiązek wobec niego. Ale niektórzy zrzucają ten obowiązek z siebie, wybierając życie bez bólu i wyrzeczeń. Tyle że ten obowiązek (ciężar) nie 'leży' sobie gdzieś tam z boku, tylko zawsze ktoś go przejmuje, w tym przypadku dziecko, bo jest słabsze.

Czy skłamię, kiedy powiem, że życie jest dla ludzi inteligentnych, myślących cośkolwiek?
I czy skłamię kiedy powiem,że dorosły człowiek, który żyje wygodnie czyimś kosztem (własnych dzieci, innych ludzi), nie ma jaj?
 

 
Ten sam szpital, inna sala, inne łóżko. Ale po krótkiej rozmowie z położną, która mnie przyjmowała na oddział, okazuje się, że jej córka urodziła się tego samego dnia, miesiąca i roku co ja, i też ma na teraz termin porodu (praktycznie na własne urodziny, tak jak ja). Prawdopodobnie chodziłyśmy razem do klasy, być może, nie pamiętam, bo po kilku latach zmieniłam szkołę. W ogóle to z podstawówki jedną dziewczynę bardzo dobrze zapamiętałam, dlatego że jako jedyna w pewnym momencie zaczęła zachowywać się dziwnie i przestała uczęszczać na lekcje - wpadła w narkotyki. I akurat o tej dziewczynie wspomniała położna, mimo że jej córka od kilku lat z powodu naszego przeniesienia, nie była z nami w jednej szkole.

Ale nie to jest istotne.

W przyrodzie nic nie ginie. cdn.
 

 
Filmik, na który wczoraj przypadkowo natrafiłam. Myślę, że godny uwagi, szczególnie dla tych, którzy żyli lub żyją w takich środowiskach. Mi metodą prób i błędów udało się dojść do bardzo podobnych wniosków, o których mówi autorka, i co najważniejsze wdrożyć je w życie - bo o to właśnie chodzi. Bo sama wiedza to za mało, żeby sobie komfort życia poprawić.
Każde życie, poza kręgiem takich ludzi, choćby miało się wiązać z nie wiem jak dużym trudem, niedogodnościami etc., będzie dużo szczęśliwsze od tego, kiedy w tym kręgu pozostajemy, według mnie.


A tym czasem mam nadzieję, że powrócę w nowej roli, za jakiś czas
 

 
Ostatnio stał się bardzo istotny. To znaczy niby wszystko idzie zgodnie z planem, teoretycznie czasu jest jeszcze dużo, ale praktyka uczy, że może być go mniej niż się wydaje. Dlatego chcę zrobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. I nawet nie piszę bo nie mam kiedy. Czasem relaksu jest pora na jedzenie. W nocy pewna mała osóbka robi się aktywna i pół nocy nie moje. Ale najlepsi są zawsze ci, którzy w takich momentach, kiedy człowiek nie wie w co ma ręce włożyć, zawracają gitarę byle duperelami - "zawsze znajdzie się ktoś, kto się znajdzie nie w porę"... a na których mam wyebane, oczywiście nie bez powodu. Tak więc przez najbliższy okres, trudno powiedzieć jak długi, będę zajęta i pisać pewnie też nie będę.
No i koniec przerwy na posiłek
 

 
Pozostałe sprawy w toku. Czas wykorzystany maksymalnie, na pracę i odpoczynek.
 

 
Tak jak przypuszczałam, nie bez powodu braciszek z takim wyznaniem przyszedł, coś mu trzeba było. Coś, o co ja, osoba sprawna, wstydziłabym się prosić (ciężarną kobietę). To już nie jest zwykłe lenistwo, to jest choroba. A najlepsze było zaskoczenie w oczach, kiedy odmówiłam. Jakbym to ja miała jakiś problem z wykonaniem zadania, a jego prośba była jak najbardziej uzasadniona. Tylko, że to nie ja mam problem z zadbaniem o własne podstawowe potrzeby.

"Bardzo was kocham"... Mnie? Męża? Od kiedy? Mąż pomagał bratu za każdym razem kiedy była potrzeba. Ale brata nie stać na to, żeby nam (jemu) pomóc.

Kocham - słowo którego nigdy nie usłyszałam od tak wielu ludzi, a którym mimo to tak wiele zawdzięczam. Więc kiedy ta miłość istnieje? Kiedy się ją daje i milczy a nie tylko mówi o niej i bierze, bo to tak, jakby jej nie było.
  • awatar Htebazile: @old devil: A ta, która wyciąga ręce, żeby coś dać, najczęściej jest ukryta. Najważniejsze, to nie dać się oszukać.
  • awatar old devil: zabawne, że najgłośniejsza miłość najczęściej wyciąga po coś ręce.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ten sam szpital, ta sama sala i to samo łóżko, tyle że okoliczności mojego pobytu tym razem były inne. Dziewczyna, która leżała na przeciwko również zajęła miejsce, które zajmowała podczas poprzedniego pobytu. O 3 w nocy słyszę jak przygotowują salę do zabiegu, tym razem nie ja ją zajmę. Czekała na kobietę, która zajmowała ją już, dokładnie tego samego dnia i miesiąca, tyle, że kilka lat wcześniej (żeby było śmieszniej inne daty związane z tym wydarzeniem też się jej pokryły).
Jak to mówią (i jak widać): historia lubi się powtarzać. Pytanie tylko w jakim stopniu się powtórzy, co się zmieni, a co pozostanie w niej niezmienione.
 

 
Nikt nie jest idealny i wszechwiedzący. Niestety, ci którym wydaje się, że są niezastąpieni często, a nawet nie wiem czy nie zawsze, są skurwysynami (bez powodu). Jakoś tak jedno idzie w parze z drugim.
W rodzinie byłam najmłodsza. Z najstarszym bratem miałam dobry kontakt, ale wyprowadził się jak miałam 10 lat ...i dobrze zrobił. Drugi brat, ten "miłujący" już taki dobry nie był. Z ojcem-alkoholikiem kontaktu praktycznie nie miałam. Ograniczał się tylko do opierdalania i podnoszenia głosu, a od czasu do czasu trzeba było odstawić go siłą do szpitala, zanim zapiłby się na śmierć. Matka oczywiście też skrzywiona, wymyślała problemy których nigdy nie było. Wyglądało to mniej więcej tak, że zrzucili własne problemy na dzieci, nie zajmując się tymi dziećmi wymagali jednocześnie od nich, żeby zajmowały się nimi. Do matki poszłam jako dziecko z problemem 2 razy, kiedy mi nie pomogła, nie poszłam już nigdy więcej. Do tej pory oboje nie interesują się moim życiem. Poza tym obwiniała mnie, że zachowanie drugiego brata, to moja wina. W zasadzie o wszystko obwiniała. Dodatkowo mieliśmy ograniczony dostęp do jedzenia, czystych naczyń, wody, towarzystwa... Przykładowo włosy ścinała mi na krótko, bo wg niej były brzydkie, bo ciemne i proste, a nie blond i kręcone. W ekstremalnych momentach spałam i jadłam u sąsiadów. To jeszcze jako dziecko. Kiedy byłam starsza poprosiłam o pomoc dalszą rodzinę, ale nic to nie dało, oberwali jeszcze za mnie. Po 19 latach system nerwowy szlag trafił, oczywiście pomoc matki polegała na stwierdzeniu, że jestem sama sobie winna. Ale ja się wyleczyłam. W tym czasie zaczęłam sobie jakoś życie układać, na początku szału nie było, ale z czasem było coraz lepiej. Teraz już jest normalnie. W każdym razie nie jestem w stanie im oddać czegoś, czego nigdy od nich nie dostałam, a więc miłości czy szacunku, bo jej po prostu nigdy nie dostałam, i teraz nie mam skąd wziąć. Oczywiście wg nich jest odwrotnie, a ja jestem ta niedobra.

To by było na tyle historii. Ale nie ma co tracić czasu na nią, ani na tych którzy się z nią wiążą. Mam lepsze rzeczy do roboty. Przyszła mi dzisiaj paczka z ubrankami dla dziecka, wieczorem obejrzę. A tymczasem inne obowiązki na mnie czekają.
 

 
Kabaretu ciąg dalszy. Tyle, że już tylko ja się śmieję.
"bardzo was kocham" - no to coś ci się bracie pomyliło, bo ja czuję tylko wstręt. Bo co można czuć do człowieka, z którym mieszka się całe życie i nie ma kontaktu? Kurwa po 40 latach się opamiętał, że coś jest nie tak? Zamiast się życiem zająć, to siedział wygodnie i czekał... chuj wie na co. Nawet nie potrafi pojechać do cpn-u i zatankować samochodu mimo że ma prawo jazdy, wygodnie mu jest nie wiedzieć/nie umieć/nic nie robić. Tyle, że ja sobie strupa na dupę brać nie będę i za rączkę go prowadzić nie będę. I gnoju, którego sobie tzw. "rodzice" narobili, sprzątać nie będę, bo to był ich obowiązek, żeby go wychować, nie mój. Ja w porę i na szczęście innych rodziców sobie znalazłam.
 

 
Jakieś 10, może nawet więcej, lat temu, zaczęliśmy całą paczką znajomych jeździć do niewiele oddalonego od nas domku letniskowego. Raz do roku, przez kilka dni w czasie wakacji, domek był za darmo do naszej dyspozycji. 5 lat temu okazało się, że spędzamy w nim wakacje po raz ostatni. Szkoda było, bo mieliśmy bardzo dużo wspomnień stamtąd. Dobrych wspomnień. To był zawsze czas spędzony na najlepszej zabawie, odpoczynku i luzie. Pozostało dużo zdjęć, z których ubaw mieliśmy zawsze taki sam. Mimo, że domek był niewielki: dwa pokoje, mniejszy i większy, aneks kuchenny i łazienka, przewijało się tam za każdym razem bardzo dużo znajomych, a podłoga większego pokoju, z racji braku innego miejsca do spania, zawsze cała była zajęta. Niektórzy nocowali na zewnątrz. Później, ponieważ był w miarę blisko, najczęściej wybierając się na lody, przejeżdżaliśmy tamtędy czasami, ale zawsze z praktycznie stuprocentową pewnością, że już tam nie zagościmy. Po jakimś czasie właściciel zmienił ogrodzenie na bardziej szczelne i nie można było nawet zobaczyć, co dzieje się za nim. Zostały nam wspomnienia.
W tym roku... to co było niemożliwym okazało się znowu realne. W wyniku różnych zbiegów okoliczności i podjętych decyzji mogliśmy zagościć w nim znowu, na takich samych zasadach. Kiedy się o tym dowiedziałam, jakaś radość się we mnie pojawiła. Już nie z faktu, że najpewniej będziemy się znowu dobrze bawić, ale, że poczuję jak to jest stanąć jeszcze raz w miejscu, w którym miałam już nigdy nie stanąć, że zamienię wspomnienie na rzeczywistość.
Wjechaliśmy na teren posesji, wysiadłam z samochodu... Nic się nie zmieniło... Wszystko wyglądało niemalże identycznie jak te 5 lat temu kiedy odjeżdżaliśmy. Przeszłam się dookoła - bez zmian. Miałam wrażenie, jakby tej kilkuletniej przerwy w ogóle nie było, jakby czekał na nasz powrót jak co roku, w takim stanie, w jakim go zostawiliśmy. W większym pokoju czekało na nas dodatkowe łóżko. W kranie czysta woda, która przedtem ze względu na zasobność gleby w rudę żelaza, nie nadawała się do spożycia. Pozostawiała czerwonawy osad i miała brzydki zapach. Na werandzie stał dodatkowy stół i krzesła. A miejsce przeznaczone na ognisko, do tej pory osłonięte gęsto porośniętymi tujami było jasne i przejrzyste, jedynie na bardzo niewielkiej przestrzeni osłonięte roletą.
W pokoju jest też kominek, którego cegły były teraz popękane, i stoją dodatkowo dwa grzejniki elektryczne. Komuś musiało być bardzo zimno.
 

 
Sąd. Byłam jednym z dwóch świadków ze strony powoda. Przesłuchiwana jako pierwsza i najdłużej. Ze strony pozwanego obecny był obrońca. Ze strony powoda adwokata nie było.
Jak to w ogóle jest ze sprawiedliwością w sądach? A no wygrywa ten, kto potrafi coś udowodnić, ma argumenty nie do podważenia. I nie koniecznie jest to ten, po którego stronie leży racja, ze względu na to, że nie każdy potrafi się dobrze bronić.
A jak to jest z tą racją, inaczej mówiąc stwierdzeniem, kto mówi prawdę i czym ona właściwie jest? Prawda, to krótko mówiąc stan faktyczny. A stan faktyczny, czyli kolejna wynikająca z niej prawda, to taka, że prawdy mogą być dwie, w takim sensie, że jedna strona widzi coś innego, i druga też. Jak je rozróżnić? Z jednej z nich zawsze będzie wynikać kolejna prawda. Z drugiej też będzie coś wynikać, bo i ta druga "prawda" posiada jakąś swoją logikę, ale będzie wynikać do pewnego momentu. Krótko mówiąc, jeżeli coś się kończy, zmierza donikąd, i nie ma wynikania, ciągłości, jakiejś łączności z kolejnym stanem faktycznym (kolejną prawdą), to znaczy, że nie było prawdziwe, a tylko pozorne. Myślę, że w ten sposób można by opisać prawdę.
Wracając do przesłuchania. Na końcu obrońca zadał mi jedno pytanie: "konkretnie ile...?". Tak, cała sprawa rozchodziła się o pieniądze. I całej tej sprawy by nie było, gdyby pozwany wypłacił poszkodowanym to, co im się należało, bez kombinowania i oszukiwania. Oprócz tego, że poszkodowani dostali to, co im się należało, ktoś inny jeszcze na tym zarobił, w wyniku czego pozwany stracił dużo więcej, niż gdyby od razu wypłacił poszkodowanym należną im kwotę.
 

 
Pod dachem tarasu, w cieniu, na szerokim, odpowiednio wyprofilowanym krześle, miękko i wygodnie. Z sąsiedniej działki czuć zapach siana, przed chwilą ręcznie przewróconego przez sąsiadów. Ręczna robota na polu - zwyczaj bardzo rzadko już spotykany. Za dziecka była to jedna z wielu tego typu prac, która była moim chlebem powszednim. A jeszcze nie tak niedawno kwitła w tym miejscu piękna łąka, w różnych odcieniach różu, z nieznanymi mi kwiatkami, a konkretnie trawami. Od tej samej strony przybiega pies sąsiada, wesoły, lubiany przez wszystkich. Na hałdzie piasku, usypanej nieopodal tarasu ma swoje miejsce widokowe. Kiedy nie chodzi przy nodze, zawsze wyleguje się w tym miejscu, obserwując wszystko i wszystkich. Wczoraj właściciel zawołał go tonem nakazującym bezwzględny powrót do domu. Jednak kiedy odwrócił się i zajął swoją pracą, pies przybiegł z powrotem. Zobaczył mnie siedzącą na krześle i przypadł do kolan, zaczął lizać ręce, a potem spokojny już poszedł na "swoją" hałdę piasku. Na działce po drugiej stronie, o wielkości kilkunastu arów, stoi ogrodzenie, zbite z mizernych belek, stojące tak "na słowo honoru". Mam wrażenie, że tylko elektryczny pastuch rozciągnięty dookoła po nim, trzyma je w całości. Jest to jednocześnie wybieg i pastwisko dla konia. Kolejna sąsiadująca działka spełnia takie samo zadanie. Na wprost kilku mężczyzn uwijających się przy wyciąganiu murów garażu. Za mną ogarnięty przed chwilą salon, zamieciony i opróżniony z worków z różnymi śmieciami. Za nim pomieszczenie przeznaczone na kuchnię, z którego dobiega głos piskląt. Kiedyś przyjechałam żeby zamknąć okna, bo zbliżała się burza. Kiedy weszłam do kuchni z moim czworonożnym kompanem, okazało się, że w wentylacji komina gnieździ się ptak. Wystraszył się okropnie, dlatego póki co, nie wchodzę tam. Poza tym jest całe mnóstwo świerszczy. Mnóstwo, mnóstwo. Pochowanych w zakamarkach, w trawie, pod betonowymi płytami. Milknących przy próbie zbliżenia się na odległość równą dwóm, trzem krokom od nich, czułych jak lampa z detektorem ruchu. Czasami uda się zobaczyć jaszczurkę, trochę częściej sarny, a najczęściej bażanty. Sądząc po śladach, mieszka tutaj jeszcze kilka innych zwierzątek, których jeszcze nie widziałam. A to wszystko przy głośno nadającej stacji radiowej - echu cywilizacji, którego nie słyszę...
 

 
Po ostatniej rozmowie przestało się wszystko trzymać kupy. Do tej pory słyszałam tylko skargi i żale, i jestem w stanie to zrozumieć. Wiem, że z niektórymi ludźmi nijak nie idzie się dogadać i że skutecznie potrafi coś takiego zatruć życie. Kobieta, z którą "nie szło się dogadać", niedawno zmarła na nowotwór.
- Przykra sprawa, ale teraz coś się zmieniło, masz w końcu spokój.
- Wiesz co? Nic się nie zmieniło. W ogóle nie odczułam, żeby coś się zmieniło. Jest tak jak było. (I to było zdanie wypowiedziane z ulgą, nie ciężarem...)
A mi się wydaje, że dużo się zmieniło, tylko ona się nie zmieniła, albo inaczej: zawsze taka była... A skoro "nic się nie zmieniło", to znaczy, że chodziło o coś innego niż się na początku wydawało. Z dalszej części rozmowy wynikło, że o pieniądze. Nikt jej tam nie trzymał, jak było źle, zawsze mogła odejść, w końcu nie była u siebie.
Nie wiem jaka w tym renoma, przejąć czyjeś pieniądze metodą "na ofiarę", czy tam dosadniej mówiąc: "ślizgać się po czyjejś dupie".
Ale się nie wtrącam, dorosła jest nie od dziś.
 

 
1/3 za mną i nieprzyjemności związane z tym okresem również. Jedyne czego mi teraz najbardziej brakuje, to ubrań na miarę, która ciągle się zmienia.
W związku z mało rozpieszczającą nas pogodą, prace budowlane rozpoczęły się z co najmniej miesięcznym opóźnieniem. Ale myślę, że zdążymy z nimi do jesieni. A przez okres zimy będzie można wykańczać środek domu.
 

 
Jednak "na zimę" nie wejdziemy do nowego domu. Zdecydowaliśmy, że ze względu na dziecko (jak wszystko dobrze pójdzie) na razie zostaniemy tutaj gdzie obecnie mieszkamy. Tam jeszcze masa rzeczy do zrobienia (i pieniędzy do włożenia) + budowa budynku obok. A i tutaj jakiś mały remont trzeba będzie zrobić.
Poza tym cisza i spokój.
I tylko sen nad ranem, o tym jak jechałam na zajęcia na studia i śniadania sobie nie wzięłam. A potem stałam na 5-minutowej przerwie w kolejce, jak się okazało nie z tej strony, do sklepiku, w którym obsługa absolutnie się nie spieszyła, po dwie kanapki i dużą mirindę, których to zakup i tak zleciłam dziewczynie, która akurat była obsługiwana, też kupowała kanapki. A wcześniej jakąś kartkówkę pisałam, i oczywiście nie wiedziałam co na pisać, dopiero przy oddawaniu kartek nasmarowałam jakieś 2 zdania. Szkoła śni mi się od czasu do czasu, chyba za dużo czasu czasu w niej spędziłam xD
 

 
Tym razem nie imienniczka, a inna kobieta. Również w towarzystwie. Zapraszała mnie na jakieś spotkanie w celu upamiętnienia śmierci Chrystusa.
"Ale ja już do jednego Kościoła należę, i nie zamierzam tego zmieniać".
"To jest spotkanie różnych religii i do niczego nie zobowiązuje. Ale szanuję pani zdanie."
I niezmiernie mnie to cieszy! Tylko ciekawe czemu również inne wyznania na to spotkanie nie zapraszają, tylko to jedno.
Co to z Bóg, który na siłę szuka świadków, nachodzi i namawia? Prawdziwa wiara tylko z wolnej, własnej, nieprzymuszonej woli może pochodzić. Tak jak miłość. Miłość, wiara, Bóg - to powinien być wolny, nieprzymuszony, z serca pochodzący, wybór człowieka. W innym wypadku są nieprawdziwe.
 

 
Wczoraj dostałam od kumpeli mmsa, ale nie mogłam go pobrać. Dziś napisałam do niej, że mam problem żeby odebrać wiadomość. W odpowiedzi wysłała mi znowu ten sam plik, bez jakiegokolwiek słowa komentarza. Pomyślałam, że to musi być coś ważnego, skoro nic nie mówi. Po dłuższej gimnastyce z telefonem, udało mi się odebrać wiadomość. Zdjęcie przedstawiało czarny materiał, a na nim zmarszczoną w formę wachlarza czarno-białą serwetkę. I żadnego komentarza do zdjęcia. Biorąc pod uwagę bardzo ciężki stan osoby z która mieszka, pomyślałam sobie - kir... Mimo prawie zupełnej pewności powstrzymałam się od kondolencji, zapytałam jedynie czy mam rację. Okazało się, że nie Ta osoba jak żyła, tak żyje dalej. A na zdjęciu była sukienka sylwestrowa - prezent dla mnie, jeżeli by mi się spodobała. Ale, że z racji ciąży mój rozmiar się zmieni, nie będzie mi przydatna. Ona o ciąży jeszcze nie wiedziała, i była jeszcze bardziej zaskoczona nią, niż ja zdjęciem.


Życie, które jest zaskoczeniem, cieszy.
 

 
...
- Wiesz co, ty się śmierci nie boisz.
- ...Masz rację, nie boję się.


Śmierć (własna lub bliskiej osoby), która jest zaskoczeniem, złamie. W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko, a na to szczególnie.
 

 
Wieści z ogródka: Tulipany które sadziłam w środku zimy wypuściły liście. Amarylis był, bo już prawie przekwitł, ale był, białego koloru. Szafirki mam nadzieję, że jeszcze są, bo kret się koło nich kręcił.

A na deser, tzw. "sytuacje podbramkowe". Podejrzewam,że każdy kto znajdzie się w takiej sytuacji, będzie oczekiwał od drugiej osoby zrozumienia i pomocy. Ale czy to działa także w drugą stronę? Niektórzy wychodzą z założenia, że jak ktoś ma problem, to trzeba go "dobić".
Tymi słowami zmierzam do sytuacji, która wydarzyła się w miniony weekend. Była to właśnie taka sytuacja podbramkowa. Pewna rodzina obcokrajowców była na terenie naszego kraju i z powodu formalności, braku jednego podpisu, nie mogła wrócić do swojego kraju. Podpis byłby możliwy do uzyskania za 2 dni, w dzień roboczy. Większego problemu z czekaniem pewnie by nie było, gdyby nie to, że byli z kilkumiesięcznym dzieckiem i zależało im, żeby wrócić jak najszybciej. Cały wic polegał na tym, że podpis ten można zdobyć 7 dni w tygodniu, że jest to tylko kwestia dobrej woli właściciela firmy, czy ją otworzy. Nikt nie otworzył. Po długich poszukiwaniach jeden z przedsiębiorców zgodził się. Nawet ja swoją rolę w tym miałam, bo kierowca był potrzebny. Sama będąc w ciąży przejeździłam i przekimałam pół nocy w samochodzie.
...A reszta? Nie, bo nie. Nie i chuj. Nie, bo się nie kalkuluje.
Nie, to nie...
  • awatar Htebazile: @old devil: Zgadzam się, jest w tym jakieś nieporozumienie. Ludzie czasami wszystko są w stanie zauważyć, ...oprócz drugiego człowieka. I nie chodzi mi tutaj o jakieś naprawianie świata, robienie nie wiadomo czego, ale o takie proste gesty wobec ludzi, których spotykamy na co dzień. Dzięki :)
  • awatar old devil: patologia - kompletna patologia. dziś rano rozmawiałem z kumplem na temat tej materii właśnie - to w jak szybkim tempie wzrasta wtórne, jak mniemam, zdziczenie ludzi w głowie się nie mieści. "póki nie mam w tym choćby najmniejszego interesu nawet się do ciebie nie uśmiechnę nie wspominając już o kiwnięciem palcem" - żałosne. ale... brawo Ty!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›