• Wpisów:61
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:10 366 / 351 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Ten sam szpital, ta sama sala i to samo łóżko, tyle że okoliczności mojego pobytu tym razem były inne. Dziewczyna, która leżała na przeciwko również zajęła miejsce, które zajmowała podczas poprzedniego pobytu. O 3 w nocy słyszę jak przygotowują salę do zabiegu, tym razem nie ja ją zajmę. Czekała na kobietę, która zajmowała ją już, dokładnie tego samego dnia i miesiąca, tyle, że kilka lat wcześniej (żeby było śmieszniej inne daty związane z tym wydarzeniem też się jej pokryły).
Jak to mówią (i jak widać): historia lubi się powtarzać. Pytanie tylko w jakim stopniu się powtórzy, co się zmieni, a co pozostanie w niej niezmienione.
 

 
Nikt nie jest idealny i wszechwiedzący. Niestety, ci którym wydaje się, że są niezastąpieni często, a nawet nie wiem czy nie zawsze, są skurwysynami (bez powodu). Jakoś tak jedno idzie w parze z drugim.
W rodzinie byłam najmłodsza. Z najstarszym bratem miałam dobry kontakt, ale wyprowadził się jak miałam 10 lat ...i dobrze zrobił. Drugi brat, ten "miłujący" już taki dobry nie był. Z ojcem-alkoholikiem kontaktu praktycznie nie miałam. Ograniczał się tylko do opierdalania i podnoszenia głosu, a od czasu do czasu trzeba było odstawić go siłą do szpitala, zanim zapiłby się na śmierć. Matka oczywiście też skrzywiona, wymyślała problemy których nigdy nie było. Wyglądało to mniej więcej tak, że zrzucili własne problemy na dzieci, nie zajmując się tymi dziećmi wymagali jednocześnie od nich, żeby zajmowały się nimi. Do matki poszłam jako dziecko z problemem 2 razy, kiedy mi nie pomogła, nie poszłam już nigdy więcej. Do tej pory oboje nie interesują się moim życiem. Poza tym obwiniała mnie, że zachowanie drugiego brata, to moja wina. W zasadzie o wszystko obwiniała. Dodatkowo mieliśmy ograniczony dostęp do jedzenia, czystych naczyń, wody, towarzystwa... Przykładowo włosy ścinała mi na krótko, bo wg niej były brzydkie, bo ciemne i proste, a nie blond i kręcone. W ekstremalnych momentach spałam i jadłam u sąsiadów. To jeszcze jako dziecko. Kiedy byłam starsza poprosiłam o pomoc dalszą rodzinę, ale nic to nie dało, oberwali jeszcze za mnie. Po 19 latach system nerwowy szlag trafił, oczywiście pomoc matki polegała na stwierdzeniu, że jestem sama sobie winna. Ale ja się wyleczyłam. W tym czasie zaczęłam sobie jakoś życie układać, na początku szału nie było, ale z czasem było coraz lepiej. Teraz już jest normalnie. W każdym razie nie jestem w stanie im oddać czegoś, czego nigdy od nich nie dostałam, a więc miłości czy szacunku, bo jej po prostu nigdy nie dostałam, i teraz nie mam skąd wziąć. Oczywiście wg nich jest odwrotnie, a ja jestem ta niedobra.

To by było na tyle historii. Ale nie ma co tracić czasu na nią, ani na tych którzy się z nią wiążą. Mam lepsze rzeczy do roboty. Przyszła mi dzisiaj paczka z ubrankami dla dziecka, wieczorem obejrzę. A tymczasem inne obowiązki na mnie czekają.
 

 
Kabaretu ciąg dalszy. Tyle, że już tylko ja się śmieję.
"bardzo was kocham" - no to coś ci się bracie pomyliło, bo ja czuję tylko wstręt. Bo co można czuć do człowieka, z którym mieszka się całe życie i nie ma kontaktu? Kurwa po 40 latach się opamiętał, że coś jest nie tak? Zamiast się życiem zająć, to siedział wygodnie i czekał... chuj wie na co. Nawet nie potrafi pojechać do cpn-u i zatankować samochodu mimo że ma prawo jazdy, wygodnie mu jest nie wiedzieć/nie umieć/nic nie robić. Tyle, że ja sobie strupa na dupę brać nie będę i za rączkę go prowadzić nie będę. I gnoju, którego sobie tzw. "rodzice" narobili, sprzątać nie będę, bo to był ich obowiązek, żeby go wychować, nie mój. Ja w porę i na szczęście innych rodziców sobie znalazłam.
 

 
Jakieś 10, może nawet więcej, lat temu, zaczęliśmy całą paczką znajomych jeździć do niewiele oddalonego od nas domku letniskowego. Raz do roku, przez kilka dni w czasie wakacji, domek był za darmo do naszej dyspozycji. 5 lat temu okazało się, że spędzamy w nim wakacje po raz ostatni. Szkoda było, bo mieliśmy bardzo dużo wspomnień stamtąd. Dobrych wspomnień. To był zawsze czas spędzony na najlepszej zabawie, odpoczynku i luzie. Pozostało dużo zdjęć, z których ubaw mieliśmy zawsze taki sam. Mimo, że domek był niewielki: dwa pokoje, mniejszy i większy, aneks kuchenny i łazienka, przewijało się tam za każdym razem bardzo dużo znajomych, a podłoga większego pokoju, z racji braku innego miejsca do spania, zawsze cała była zajęta. Niektórzy nocowali na zewnątrz. Później, ponieważ był w miarę blisko, najczęściej wybierając się na lody, przejeżdżaliśmy tamtędy czasami, ale zawsze z praktycznie stuprocentową pewnością, że już tam nie zagościmy. Po jakimś czasie właściciel zmienił ogrodzenie na bardziej szczelne i nie można było nawet zobaczyć, co dzieje się za nim. Zostały nam wspomnienia.
W tym roku... to co było niemożliwym okazało się znowu realne. W wyniku różnych zbiegów okoliczności i podjętych decyzji mogliśmy zagościć w nim znowu, na takich samych zasadach. Kiedy się o tym dowiedziałam, jakaś radość się we mnie pojawiła. Już nie z faktu, że najpewniej będziemy się znowu dobrze bawić, ale, że poczuję jak to jest stanąć jeszcze raz w miejscu, w którym miałam już nigdy nie stanąć, że zamienię wspomnienie na rzeczywistość.
Wjechaliśmy na teren posesji, wysiadłam z samochodu... Nic się nie zmieniło... Wszystko wyglądało niemalże identycznie jak te 5 lat temu kiedy odjeżdżaliśmy. Przeszłam się dookoła - bez zmian. Miałam wrażenie, jakby tej kilkuletniej przerwy w ogóle nie było, jakby czekał na nasz powrót jak co roku, w takim stanie, w jakim go zostawiliśmy. W większym pokoju czekało na nas dodatkowe łóżko. W kranie czysta woda, która przedtem ze względu na zasobność gleby w rudę żelaza, nie nadawała się do spożycia. Pozostawiała czerwonawy osad i miała brzydki zapach. Na werandzie stał dodatkowy stół i krzesła. A miejsce przeznaczone na ognisko, do tej pory osłonięte gęsto porośniętymi tujami było jasne i przejrzyste, jedynie na bardzo niewielkiej przestrzeni osłonięte roletą.
W pokoju jest też kominek, którego cegły były teraz popękane, i stoją dodatkowo dwa grzejniki elektryczne. Komuś musiało być bardzo zimno.
 

 
Sąd. Byłam jednym z dwóch świadków ze strony powoda. Przesłuchiwana jako pierwsza i najdłużej. Ze strony pozwanego obecny był obrońca. Ze strony powoda adwokata nie było.
Jak to w ogóle jest ze sprawiedliwością w sądach? A no wygrywa ten, kto potrafi coś udowodnić, ma argumenty nie do podważenia. I nie koniecznie jest to ten, po którego stronie leży racja, ze względu na to, że nie każdy potrafi się dobrze bronić.
A jak to jest z tą racją, inaczej mówiąc stwierdzeniem, kto mówi prawdę i czym ona właściwie jest? Prawda, to krótko mówiąc stan faktyczny. A stan faktyczny, czyli kolejna wynikająca z niej prawda, to taka, że prawdy mogą być dwie, w takim sensie, że jedna strona widzi coś innego, i druga też. Jak je rozróżnić? Z jednej z nich zawsze będzie wynikać kolejna prawda. Z drugiej też będzie coś wynikać, bo i ta druga "prawda" posiada jakąś swoją logikę, ale będzie wynikać do pewnego momentu. Krótko mówiąc, jeżeli coś się kończy, zmierza donikąd, i nie ma wynikania, ciągłości, jakiejś łączności z kolejnym stanem faktycznym (kolejną prawdą), to znaczy, że nie było prawdziwe, a tylko pozorne. Myślę, że w ten sposób można by opisać prawdę.
Wracając do przesłuchania. Na końcu obrońca zadał mi jedno pytanie: "konkretnie ile...?". Tak, cała sprawa rozchodziła się o pieniądze. I całej tej sprawy by nie było, gdyby pozwany wypłacił poszkodowanym to, co im się należało, bez kombinowania i oszukiwania. Oprócz tego, że poszkodowani dostali to, co im się należało, ktoś inny jeszcze na tym zarobił, w wyniku czego pozwany stracił dużo więcej, niż gdyby od razu wypłacił poszkodowanym należną im kwotę.
 

 
Pod dachem tarasu, w cieniu, na szerokim, odpowiednio wyprofilowanym krześle, miękko i wygodnie. Z sąsiedniej działki czuć zapach siana, przed chwilą ręcznie przewróconego przez sąsiadów. Ręczna robota na polu - zwyczaj bardzo rzadko już spotykany. Za dziecka była to jedna z wielu tego typu prac, która była moim chlebem powszednim. A jeszcze nie tak niedawno kwitła w tym miejscu piękna łąka, w różnych odcieniach różu, z nieznanymi mi kwiatkami, a konkretnie trawami. Od tej samej strony przybiega pies sąsiada, wesoły, lubiany przez wszystkich. Na hałdzie piasku, usypanej nieopodal tarasu ma swoje miejsce widokowe. Kiedy nie chodzi przy nodze, zawsze wyleguje się w tym miejscu, obserwując wszystko i wszystkich. Wczoraj właściciel zawołał go tonem nakazującym bezwzględny powrót do domu. Jednak kiedy odwrócił się i zajął swoją pracą, pies przybiegł z powrotem. Zobaczył mnie siedzącą na krześle i przypadł do kolan, zaczął lizać ręce, a potem spokojny już poszedł na "swoją" hałdę piasku. Na działce po drugiej stronie, o wielkości kilkunastu arów, stoi ogrodzenie, zbite z mizernych belek, stojące tak "na słowo honoru". Mam wrażenie, że tylko elektryczny pastuch rozciągnięty dookoła po nim, trzyma je w całości. Jest to jednocześnie wybieg i pastwisko dla konia. Kolejna sąsiadująca działka spełnia takie samo zadanie. Na wprost kilku mężczyzn uwijających się przy wyciąganiu murów garażu. Za mną ogarnięty przed chwilą salon, zamieciony i opróżniony z worków z różnymi śmieciami. Za nim pomieszczenie przeznaczone na kuchnię, z którego dobiega głos piskląt. Kiedyś przyjechałam żeby zamknąć okna, bo zbliżała się burza. Kiedy weszłam do kuchni z moim czworonożnym kompanem, okazało się, że w wentylacji komina gnieździ się ptak. Wystraszył się okropnie, dlatego póki co, nie wchodzę tam. Poza tym jest całe mnóstwo świerszczy. Mnóstwo, mnóstwo. Pochowanych w zakamarkach, w trawie, pod betonowymi płytami. Milknących przy próbie zbliżenia się na odległość równą dwóm, trzem krokom od nich, czułych jak lampa z detektorem ruchu. Czasami uda się zobaczyć jaszczurkę, trochę częściej sarny, a najczęściej bażanty. Sądząc po śladach, mieszka tutaj jeszcze kilka innych zwierzątek, których jeszcze nie widziałam. A to wszystko przy głośno nadającej stacji radiowej - echu cywilizacji, którego nie słyszę...
 

 
Po ostatniej rozmowie przestało się wszystko trzymać kupy. Do tej pory słyszałam tylko skargi i żale, i jestem w stanie to zrozumieć. Wiem, że z niektórymi ludźmi nijak nie idzie się dogadać i że skutecznie potrafi coś takiego zatruć życie. Kobieta, z którą "nie szło się dogadać", niedawno zmarła na nowotwór.
- Przykra sprawa, ale teraz coś się zmieniło, masz w końcu spokój.
- Wiesz co? Nic się nie zmieniło. W ogóle nie odczułam, żeby coś się zmieniło. Jest tak jak było. (I to było zdanie wypowiedziane z ulgą, nie ciężarem...)
A mi się wydaje, że dużo się zmieniło, tylko ona się nie zmieniła, albo inaczej: zawsze taka była... A skoro "nic się nie zmieniło", to znaczy, że chodziło o coś innego niż się na początku wydawało. Z dalszej części rozmowy wynikło, że o pieniądze. Nikt jej tam nie trzymał, jak było źle, zawsze mogła odejść, w końcu nie była u siebie.
Nie wiem jaka w tym renoma, przejąć czyjeś pieniądze metodą "na ofiarę", czy tam dosadniej mówiąc: "ślizgać się po czyjejś dupie".
Ale się nie wtrącam, dorosła jest nie od dziś.
 

 
1/3 za mną i nieprzyjemności związane z tym okresem również. Jedyne czego mi teraz najbardziej brakuje, to ubrań na miarę, która ciągle się zmienia.
W związku z mało rozpieszczającą nas pogodą, prace budowlane rozpoczęły się z co najmniej miesięcznym opóźnieniem. Ale myślę, że zdążymy z nimi do jesieni. A przez okres zimy będzie można wykańczać środek domu.
 

 
Jednak "na zimę" nie wejdziemy do nowego domu. Zdecydowaliśmy, że ze względu na dziecko (jak wszystko dobrze pójdzie) na razie zostaniemy tutaj gdzie obecnie mieszkamy. Tam jeszcze masa rzeczy do zrobienia (i pieniędzy do włożenia) + budowa budynku obok. A i tutaj jakiś mały remont trzeba będzie zrobić.
Poza tym cisza i spokój.
I tylko sen nad ranem, o tym jak jechałam na zajęcia na studia i śniadania sobie nie wzięłam. A potem stałam na 5-minutowej przerwie w kolejce, jak się okazało nie z tej strony, do sklepiku, w którym obsługa absolutnie się nie spieszyła, po dwie kanapki i dużą mirindę, których to zakup i tak zleciłam dziewczynie, która akurat była obsługiwana, też kupowała kanapki. A wcześniej jakąś kartkówkę pisałam, i oczywiście nie wiedziałam co na pisać, dopiero przy oddawaniu kartek nasmarowałam jakieś 2 zdania. Szkoła śni mi się od czasu do czasu, chyba za dużo czasu czasu w niej spędziłam xD
 

 
Tym razem nie imienniczka, a inna kobieta. Również w towarzystwie. Zapraszała mnie na jakieś spotkanie w celu upamiętnienia śmierci Chrystusa.
"Ale ja już do jednego Kościoła należę, i nie zamierzam tego zmieniać".
"To jest spotkanie różnych religii i do niczego nie zobowiązuje. Ale szanuję pani zdanie."
I niezmiernie mnie to cieszy! Tylko ciekawe czemu również inne wyznania na to spotkanie nie zapraszają, tylko to jedno.
Co to z Bóg, który na siłę szuka świadków, nachodzi i namawia? Prawdziwa wiara tylko z wolnej, własnej, nieprzymuszonej woli może pochodzić. Tak jak miłość. Miłość, wiara, Bóg - to powinien być wolny, nieprzymuszony, z serca pochodzący, wybór człowieka. W innym wypadku są nieprawdziwe.
 

 
Wczoraj dostałam od kumpeli mmsa, ale nie mogłam go pobrać. Dziś napisałam do niej, że mam problem żeby odebrać wiadomość. W odpowiedzi wysłała mi znowu ten sam plik, bez jakiegokolwiek słowa komentarza. Pomyślałam, że to musi być coś ważnego, skoro nic nie mówi. Po dłuższej gimnastyce z telefonem, udało mi się odebrać wiadomość. Zdjęcie przedstawiało czarny materiał, a na nim zmarszczoną w formę wachlarza czarno-białą serwetkę. I żadnego komentarza do zdjęcia. Biorąc pod uwagę bardzo ciężki stan osoby z która mieszka, pomyślałam sobie - kir... Mimo prawie zupełnej pewności powstrzymałam się od kondolencji, zapytałam jedynie czy mam rację. Okazało się, że nie Ta osoba jak żyła, tak żyje dalej. A na zdjęciu była sukienka sylwestrowa - prezent dla mnie, jeżeli by mi się spodobała. Ale, że z racji ciąży mój rozmiar się zmieni, nie będzie mi przydatna. Ona o ciąży jeszcze nie wiedziała, i była jeszcze bardziej zaskoczona nią, niż ja zdjęciem.


Życie, które jest zaskoczeniem, cieszy.
 

 
...
- Wiesz co, ty się śmierci nie boisz.
- ...Masz rację, nie boję się.


Śmierć (własna lub bliskiej osoby), która jest zaskoczeniem, złamie. W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko, a na to szczególnie.
 

 
Wieści z ogródka: Tulipany które sadziłam w środku zimy wypuściły liście. Amarylis był, bo już prawie przekwitł, ale był, białego koloru. Szafirki mam nadzieję, że jeszcze są, bo kret się koło nich kręcił.

A na deser, tzw. "sytuacje podbramkowe". Podejrzewam,że każdy kto znajdzie się w takiej sytuacji, będzie oczekiwał od drugiej osoby zrozumienia i pomocy. Ale czy to działa także w drugą stronę? Niektórzy wychodzą z założenia, że jak ktoś ma problem, to trzeba go "dobić".
Tymi słowami zmierzam do sytuacji, która wydarzyła się w miniony weekend. Była to właśnie taka sytuacja podbramkowa. Pewna rodzina obcokrajowców była na terenie naszego kraju i z powodu formalności, braku jednego podpisu, nie mogła wrócić do swojego kraju. Podpis byłby możliwy do uzyskania za 2 dni, w dzień roboczy. Większego problemu z czekaniem pewnie by nie było, gdyby nie to, że byli z kilkumiesięcznym dzieckiem i zależało im, żeby wrócić jak najszybciej. Cały wic polegał na tym, że podpis ten można zdobyć 7 dni w tygodniu, że jest to tylko kwestia dobrej woli właściciela firmy, czy ją otworzy. Nikt nie otworzył. Po długich poszukiwaniach jeden z przedsiębiorców zgodził się. Nawet ja swoją rolę w tym miałam, bo kierowca był potrzebny. Sama będąc w ciąży przejeździłam i przekimałam pół nocy w samochodzie.
...A reszta? Nie, bo nie. Nie i chuj. Nie, bo się nie kalkuluje.
Nie, to nie...
  • awatar Htebazile: @old devil: Zgadzam się, jest w tym jakieś nieporozumienie. Ludzie czasami wszystko są w stanie zauważyć, ...oprócz drugiego człowieka. I nie chodzi mi tutaj o jakieś naprawianie świata, robienie nie wiadomo czego, ale o takie proste gesty wobec ludzi, których spotykamy na co dzień. Dzięki :)
  • awatar old devil: patologia - kompletna patologia. dziś rano rozmawiałem z kumplem na temat tej materii właśnie - to w jak szybkim tempie wzrasta wtórne, jak mniemam, zdziczenie ludzi w głowie się nie mieści. "póki nie mam w tym choćby najmniejszego interesu nawet się do ciebie nie uśmiechnę nie wspominając już o kiwnięciem palcem" - żałosne. ale... brawo Ty!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Czy można zregenerować część, która z założenia po uszkodzeniu nie podlega regeneracji a jedynie wymianie na nową? Według firmy ubezpieczeniowej można. W końcu czego to się nie robi, żeby zaniżyć kosztorys. O cenach części wziętych z sufitu, nie wspomnę...
"To nie ma znaczenia, kto jest nadawcą." Na pewno dla tych, którym w portfelu ma się zgadzać, nie ma to znaczenia. Przecież zawsze można sobie pobrać dług od innej osoby, która ma tylko podobne dane do dłużnika...

Niezbyt ciepło jeszcze. Tam gdzie byłam kilka dni temu szaro i pusto. Tym razem poszłam inną, krótszą drogą, zaszłam z drugiej strony. Nie ma jeszcze liści na drzewach i łatwiej jakąś ścieżkę było znaleźć. Ścieżkę do sadu, miejsca, gdzie kilka lat temu postanowiłam, że będę zarabiać pieniądze. Jest to miejsce trochę opuszczone, niby domy są w pobliżu, ale ukształtowanie terenu i sąsiedztwo może budzić mieszane uczucia. Z jednej strony głębokie doły porośnięte wysokimi drzewami, za którymi nigdy nie wiadomo co lub kto się kryje, do tego nieopodal nieczynne wysypisko. Z drugiej strony widać panoramę mojej okolicy, na tle tarczy zachodzącego słońca, gdyby tak zostać do wieczora. Sam sad jest dość duży, położony na zboczu. Jego połowa nigdy nie była czyszczona, aż do tego roku. Gęsto porośnięty samosiejkami i wysokimi trawami powleczonymi pnączami z kolcami sprawiał, że czułam się momentami jak Bear Grylls w dziczy. W takich warunkach funkcja łowca-eksplorator sama się aktywuje. Spędzam tam samotnie jesienne dni na zbieraniu owoców i trzeba się w tym czasie do tego miejsca przyzwyczaić. Przedzieranie się przez kolce przyjemne nie było. Ale... to moje ręce były pokaleczone, nie czyjeś.
 

 
Moja imienniczka znowu mnie odwiedziła, tym razem w towarzystwie dziewczyny. Zadowolona, znowu jakiś kit mi wciskać zaczęła. Powiedziałam, że nie jestem zainteresowana. Wyciągnęła broszurkę i Jezusa przedstawiać zaczęła. Ja cały czas, że mnie to nie interesuje. Widać było, że jest zawiedziona. No cóż, wszystkich nie jestem w stanie zadowolić, a już na pewno nie jakąś sektę. Na koniec powiedziała, że pewnie zły moment wybrała, że pewnie jestem tak jak ona zmęczona po pracy (i nie chcę rozmawiać). Moment był dobry, a ja zmęczona nie byłam. Podejrzewam, że jeszcze przyjdzie - po raz ostatni.
 

 

:)

Co się stanie jak dwie żmije zostaną razem? Nie wiem jak to u zwierząt wygląda, ale żmije-ludzie, pogryzą się. I tak też się stało, aż miło popatrzeć W dodatku jedną z nich, ktoś w ostatnim momencie wystawił do wiatru, tak jak ona, a w zasadzie oni (bo to się dwóch osób tyczy), kiedyś zrobili. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro...
 

 
Jeżeli uciekając od czasu do czasu przed całym światem i problemami zaszywałeś się gdzieś, a ja znałam to miejsce, to znaczy, że nie byłeś tam sam.

Jeżeli mówiąc do mnie byłeś w stanie mnie poruszyć, tak że ci odpowiedziałam, to znaczy, że była między nami łączność.

Jeżeli dzięki tej rozmowie udało ci się tak wiele w życiu zmienić, to znaczy, że to była dobra rozmowa.

Czekam na więcej.
 

 
- Była usypiana, pije, pali, leczy się na coś?
- Nie.

Szybko pospinały mnie pasami, w dość niewygodnej pozycji.

- Poczujesz się dziwnie po tym zastrzyku. Oddychaj tlenem.
Zdążyłam zaciągnąć się dwa razy. W tym czasie poczułam dziwny ścisk w głowie i piksele obrazu przed oczami zaczęły po kolei gasnąć.

One wszystko szybko i bez ceregieli, a ja i tak ze spokojem...

Przed zabiegiem, będąc zupełnie sama na sali i nie mogąc ruszyć się z łóżka, wzięłam telefon i napisałam kilka smsów. Pisałam je z jedną świadomością: za chwilę pójdę gdzieś, i nie wiem, czy wrócę, czekaj na mnie.
Wróciłam, i ledwie wybudzona znowu pisałam: jestem

Kiedy wiadomo, że Ktoś czeka, to ze spokojem można pójść wszędzie.
 

 
Myślałam, że będzie mniejsza. Ale nie zmieniła się. Nawet nie wiem czy większa nie jest.
 

 
Bardzo dużo muzyki słucham, praktycznie w każdej wolnej chwili coś tam sobie leci. Rzadko jest to coś przypadkowego, najczęściej sama wybieram, co chciałabym posłuchać. Z młodości pamiętam wszystkie piosenki, których jako dzieci byliśmy fanami, albo które w radio można było usłyszeć, i czasami wracam do nich. Tzn. wydawało mi się, że wszystkie pamiętam... Ostatnio natrafiłam na piosenkę z filmu "Cobra". Zupełnie zapomniałam o niej. Tak jak niektóre stare kawałki gdzieś tam w pamięci swoje miejsce mają, tak ten gdzieś się kompletnie zapodział. Usłyszeć/zobaczyć coś po blisko 30 latach - bezcenne. Nie spodziewałam się. A to niby tylko zwykła piosenka...
 

 
Zapukała dziś do mojego domu jakaś pani, w towarzystwie chłopca. Podejrzewałam, kto to może być, no ale nic, rozmawiamy. Przedstawiła mi broszurę nt. nastolatków w depresji. A że znam temat z autopsji, zaczęłyśmy rozmawiać. Powiedziała, że fajnie się ze mną rozmawia, przedstawiła się (moja imienniczka), następnie przedstawiła chłopca. Kobieta również miłą być się zdawała. Z ciekawości wzięłam gazetkę, żeby po łebkach przeglądnąć chociaż, co ciekawego piszą. Pożegnałyśmy się. No i przeglądać zaczęłam, no i tak jak się spodziewałam. Kobieta reprezentowała jakąś tam wiarę, nie ma znaczenia jaką, bo do czegoś innego zmierzam.
Zaczęłam się zastanawiać czemu akurat "nastolatki w depresji". Odpowiedź jest prosta - to jest najlepszy 'target'. Takimi osobami najlepiej się manipuluje, takimi, czyli niestabilnymi (w tym wypadku ze względu na młody wiek i chorobę). Pewnie pomogą się pozbierać, tylko w zamian za co...
Zasada nr 1: jeżeli coś dolega - idzie się do lekarza. U osób z fachową wiedzą i praktyką w pierwszej kolejności powinno się szukać pomocy. Nawet jeżeli ktoś się zdecyduje na jakąś terapię prywatną, to wie za co płaci i sprawa jest czysta.
Bo prawdziwa pomoc nie powinna w nic wikłać, a przynajmniej w nic, czego byśmy sobie nie życzyli. Depresja, to choroba jak każda inna, ale ciężka, powoduje, że jest się pod ścianą. A że większości ludzi daleko jest od bezinteresowności, będą czyjąś słabość wykorzystywać na własny użytek.
Jeżeli już jest potrzeba skorzystania z pomocy, trzeba się zastanowić z czym prośba o nią będzie się wiązać. Czy po jej zakończeniu (bo pomoc ma to do siebie, że trwa jakiś okres czasu, do momentu, aż stanie się 'na nogi', a potem się kończy) nie będzie się w coś uwikłanym, od kogoś zależnym, czy "zmuszonym" do jakichś składek, opłat itp.
 

 
A z nią - pora na kwiatki. Te wiosenne, ze względu na poprzedzającą je zimę, chyba najbardziej cieszą oczy. W jesieni pierwszy raz na nowej ziemi, i wręcz jałowej, bo z wykopu wziętej, i w najbardziej bezpiecznym miejscu, czyli najmniej narażonym na deptanie, posadziłam szafirki i dzwonki. Zobaczymy czy coś wyrośnie. Ciekawi mnie też los 30-stu tulipanów, które sadziłam w zimie(!) do skrzynek (w ogródku ziemia była zamarznięta i się nie dało). Mało to profesjonalne, ale do wiosny bez ziemi na pewno by nie dotrwały, wiec na wszystko jedno spróbowałam. Do tego chciałabym, żeby w moim oknie zagościł amarylis, mój ulubiony domowy kwiatek, który kwitnie wiosną. A najbardziej ulubionym ze wszystkich jest irys, ze względu na zapach. Będę musiała jeszcze trochę poczekać, żeby móc podziwiać moje roślinki (poza amarylisem), bo na razie to śniegu dosypało.
 

 
Coś jakby jaskinia. Jestem na jej dnie. Przede mną ściana - potężna skała. Podnoszę głowę do góry, sięga wysoko, jakby w kosmos, widać granatowe niebo i gwiazdy. Na jej wierzchołku jest fragment (jakby początek) obłoku a w nim światło. Obok mnie w jaskini jest zegar. Słyszę jak odmierza czas, do czegoś.
Co zobaczyłam?

Wczoraj w trakcie pogawędki doszliśmy wspólnie do wniosku że sprawa (która już nie tylko mnie nie dotyczy, ale i innych znajomych, którzy również się od tego tematu odsunęli), jest nadal rozwojowa, i się nakręca, i że cały czas tak nie będzie. W końcu ktoś nie wytrzyma. Coś gdzieś puści, bo tak to zazwyczaj bywa. Pytanie tylko w którym miejscu.
 

 
Dusza? Nie wiem, ale tak to nazwijmy. Kiedy zaczyna istnieć? Kiedy spotka drugą. A przynajmniej moja zaczęła. Dopiero wtedy, w trakcie tego spotkania zobaczyłam, co się z nią dzieje. Często było fajnie i lekko, do momentu, kiedy poczułam niesamowity ból. Ból, jakbym była na stałe zrośnięta z czymś niesamowicie niewygodnym. Powtarzało się to wielokrotnie. Siedział wtedy przy mnie i pielęgnował. Któregoś razu zemdlałam z bólu. Trzymając mnie na rękach, zapytał "dlaczego to musi być takie trudne", odpowiedziałam, że nie wiem, choć to raczej pytanie nie do mnie było. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że cały czas funkcjonowałam na granicy utraty tej przytomności, tylko nigdy się to nie wydarzyło, bo nie miał mnie kto podtrzymać. Tak, poszedł za mną do piekła.
 

 
Pojutrze wyjazd do Krakowa, do którego jutro muszę się przygotować. Cel mało przyjemny, ale i takie się zdarzają.
Zima odchodzi małymi kroczkami. Już pierwsze ciepłe dni będą się wiązać z pracą, nierzadko ciężką fizyczną. Więc korzystam z zimy i wypoczynku, póki jest. Nawet przytyć mi się udało, jak nigdy, w szoku jestem
 

 
W miejscu gdzie ja powiedziałam "nie", ktoś inny powiedział "tak". Ale kto? Ta sama, co rodzinę rozbić chciała (nawiasem mówiąc nie pierwszą, a jedną już rozbiła) i zniszczyć wszystko. A dopiero mówił, że trzeba się jej pozbyć na dobre. A teraz o pomoc ją prosi (bo nie ma kogo). Rozpłakał się..., ale jak zrobił - tak ma. Mnie ten cyrk już nie dotyczy.
 

 
Jak nie nalot CBŚ, to strzelanina. Zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie. Nigdy nie wiadomo z kim się sąsiaduje...
 

 
Za nim my dwie, a za nami reszta w ogonku. A już lipa miała z tego wyjść, bo śnieg zaczął topnieć. Ale jednak zdecydowaliśmy się, w mniejszym gronie niż na początku było zakładane, mimo to odpowiednim. Pojeździliśmy tu i tam, trochę po wiosce, trochę po lesie, przy lesie i przez pola. Obok lasu paliło się ognisko. Stwierdziliśmy, że to pewnie całodobowe musi być xD, w sensie, że jeden kulig odjeżdża, a drugi przyjeżdża. No więc pokręciliśmy się jeszcze trochę i zajeżdżamy na ognisko. Dobrze, bo rozpalać nie trzeba było. Dołożyliśmy tylko zabranego z sobą opału, i na to wszystko położyliśmy kiełbasę, na ruszcie, więc było prawie jak na grillu. W międzyczasie jacyś ludzie przyjechali dorzucić drewna do SWOJEGO ogniska xD Się okazało, że kulig miał tutaj za chwilę przyjechać. No ale cóż, podpisane nie było, jak to mówią. Mieliśmy tylko po wszystkim dorzucić drewna, żeby ogień podtrzymać dla nich. Kiedy odjeżdżaliśmy, przyjechali. Więc zrobiliśmy jeszcze razem z nimi rundę po lesie. A potem wspólna gra w piłkę na śniegu po kolana xD Oczywiście na sankach się nie nudziłam, a raczej saniach. Były na tyle duże, że magazynowałam na nich amunicję, co by się śnieżkami z pozostałymi porzucać. Pozostali trochę trudniej mieli, bo na małych sankach, więc się trzymać trzeba, żeby nie spać. Ale i tak mam kilka siniaków od śnieżek. Więcej strat nie było. Ogólnie wypadło fajnie.
 

 
Pojutrze kulig, tym razem znajomi organizują. Sanki muszę odszukać, mam gdzieś takie stare, z metalowymi płozami. Takie są najlepsze, muszą wytrzymać do końca. A bywało różnie, bo ten kulig, to taki survival trochę. Gdzieś po drodze będziemy palić ognisko i piec kiełbasę - i nikomu nie będzie przeszkadzać, że się tylko owędzi od mokrego drewna, a nie upiecze. Do tego coś do rozgrzania zabrać muszę, tym razem herbatę w termosie, bo tymczasowo abstynent jestem
 

 
Po tym wszystkim? Dziwne pytanie. Oczywiście, że się nie zgodzę.
Po co ty chłopie do mnie dzwonisz w ogóle...

 

 
Albo jak kto woli - nawracają się.
Tak jak wtedy mnie zostawili, tak teraz wracają. Kolejna osoba zaczęła coś dostrzegać, trzecia już.
Zawsze mogli na mnie liczyć, ale kiedy ja potrzebowałam pomocy, rozstąpili się. Więc i ja się odsunęłam, tyle że na zawsze... Przyjaciele moi... niby rozmawiamy dalej, widzę was i słyszę, ale nie czuję, nie reaguję, martwi jesteście dla mnie... On jeden rękę mi wtedy podał, a wcale nie musiał, i on będzie zawsze żywy.
Czasu nie da się cofnąć, i niektórych rzeczy nie da się naprawić.
Nie żałuję, że podjęłam takie czy inne decyzje, gdybym znalazła się kolejny raz w takiej sytuacji, zachowałabym się tak samo, bo jednak na dobre mi to wyszło.

Zima w pełni. Wczoraj spacer po lesie, w jedną stronę ujeżdżoną drogą, w drugą między drzewami po śladach stóp małżonka, bo po 20-centymetrowym śniegu i do tego pod góreczkę ciężko się szło. Mnóstwo śniegu, wszędzie biało, drzew prawie nie widać. Przy drodze popsute sanki - pozostałość po jakimś kuligu (bardzo fajna sprawa, przy czym jazda na ostatnich sankach dla tych, co w roli kaskadera dobrze się czują). W drodze powrotnej stado blisko 20 saren przebiegło nam drogę. Spore dość, nie widziałam tak dużego jeszcze, a ile ich dokładnie było, policzyć nie zdążyłam. Ślady quadów i innych maszyn bliżej niezidentyfikowanych. Jeden lis gdzieś na polach, który uciekając przystawał co chwilę i patrzył na nas. Odgłosy kuligu gdzieś nieopodal ...i kilka gałek z zaskoczenia, co by nie było nudno po drodze
 

 
Dobrze jest, kiedy mogę odłożyć te wszystkie problemy na bok, zabezpieczyć broń, zdjąć spodnie, zmyć z siebie cały ten bród, i włożyć spódnicę, i być kobietą... niewinną i słabszą.

Na horyzoncie pojawiła się możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy, które na pewno się przydadzą. W grę wchodzi rozpoczęcie działalności gospodarczej. Muszę pomyśleć.
 

 
Po rozmowie nie dowiedziałam się niczego więcej, poza tym co wcześniej z trzecich ust usłyszałam. Za to bardziej utwierdziłam się w tym czego na podstawie tych plotek się domyślałam.

Nie zbawiam ludzi, jestem tylko człowiekiem, nie Bogiem, i mimo że dużo widzę i wiem i mogłabym zrobić, to w swojej roli wystąpić muszę... skrzywdzonej córki, wyczekującej żony, siostry, najlepszej przyjaciółki, koleżanki, znajomej, a dla niektórych wroga.
Natomiast koleżanka chciałaby żebym zrezygnowała z moich życiowych planów na rzecz jej, bo jej są ważniejsze (taka była mniej więcej jej postawa), tylko, że ja nie jestem jej matką... Ile mogę jej pomóc to mogę, ale bez przesady, bo tym sposobem to musiałabym się skupić na realizowaniu czyichś planów, a swoich siłą rzeczy nie realizować bo bym czasu na to nie miała, no tak się nie da... Wszyscy to rozumieją, ona nie i czuje się poszkodowana, a do tego na złość chciała zrobić.
W każdym razie czasu cofnąć się nie da, wszyscy to stwierdziliśmy, nie będzie już tak dobrze między nami (naszą czwórką) jak przedtem. W takich sytuacjach coś tam zawsze umiera, taka mała cząstka. Jakoś tam będzie, może nawet dobrze, ale już nigdy tak jak przedtem.

Jeszcze jedna mi została "koleżanka" - ostatni bastion...
Ta, która wyrządziła najwięcej szkody, nie tylko mi, ale wielu ludziom dookoła. Głowa od parady, myśli cyckami, dopóki się nie odezwie jest dobrze, jak już coś powie... jest po prostu głupia. Ale na swój sposób inteligentna, biorąc pod uwagę rozmiar zniszczeń (z kim ma kontakt - z tym ma na pieńku)... Poziom inteligencji emocjonalnej bliski zeru. Konwencjonalne metody działania typu mówienie wprost że coś źle robi, dawanie tego do zrozumienia, wyśmiewanie, nie działają. Wręcz uważa to za komplement. Zrobi wszystko, żeby wzbudzić sobą zainteresowanie. Do tego stopnia, że jest skłonna poparzyć się na słońcu, żeby zwrócić na siebie uwagę. Kilkakrotnie miała miejsce taka sytuacja - ma bardzo jasną karnację i raczej słońca powinna unikać, a ona z premedytacją (do czego się przyznała) nasmarowała się przyspieszaczem opalania i leżała na słońcu cały dzień, po to żeby potem wszystkim pokazać jaka jest poparzona i jak cierpi... Do jakiegoś lekarza powinna się zgłosić, i raczej nie do dermatologa...
Ogólnie sprawa nie za prosta do rozwikłania, z innych dodatkowych powodów jeszcze, ale mam nadzieję, że uda się od niej odseparować w tym roku na dobre.
 

 
Zadzwonił, myślałam że w jakiejś błahej sprawie, ale nie, chcą rozmawiać, wyjaśnić sprawę, bo tak głupio jakoś wygląda cała ta sytuacja. No nie spodziewałam się... A i owszem, dziwnie to wygląda. Zgodziłam się na rozmowę, w końcu sama ciekawa jestem o co chodzi, bo minęło 9 miesięcy, a ja dalej nie wiem o co poszło, skąd ten cały foch w moją stronę.
No to sobie teraz pogadamy...
 

 
Ktoś kiedyś powiedział, że mam ciekawą osobowość. Ktoś inny, że dużo widzę. Faktycznie, dużo widzę, mam tego świadomość. Do tego dysponuję czymś takim jak przeczucie. Kiedyś było silniejsze, teraz trochę mniej. A najbardziej widoczne jest kiedy dzwoni telefon. Na jakieś 2 sek. zanim zadzwoni, pomyśle o tym. Nie ma znaczenia czy się spodziewam telefonu czy nie. Dotyczy to mniej więcej co drugiego połączenia.

Rozpisałam się, że powinno starczyć na jakiś czas. A tymczasem wracam do codziennych zajęć i obowiązków.
 

 
Kobiety są bardziej bezwzględne niż się wydaje. Czego to kobieta nie zrobi, żeby zająć miejsce innej, albo żeby odbić jej faceta. Będą udawać tę drugą. Miałam 2 takie przypadki. W obydwu było naśladowane moje zachowanie, mój styl ubierania, kolor włosów, makijaż... z jednoczesną próbą "odsunięcia" mnie. Żałosne, nic więcej nie powiem. Szanuję kobiety które mają i potrafią żyć własnym życiem.
 

 
Nie ma ludzi albo dobrych, albo złych. Ale zawsze jedna z tych stron będzie u każdego przeważać.
Każdy coś tam w życiu dostał, i dobrego i złego. Niezależnie ile było jednego czy drugiego, każdy wybiera, co chce przekazać dalej.